góry · trekking · turystyka górska · wycieczki

Biskupia Kopa w zimie

W niedzielę 18 lutego 2018 przyjaciółka już drugi raz w tym roku wyciągnęła mnie
w góry, za co jestem jej bardzo wdzięczna bo dawno już nie chodziłam po górach. Pomijając Biskupią Kopę w Nowy Rok 2014-ego lub 2015-ego, to moja przygoda z górami  była „zawieszona” od września 2011 roku, kiedy to zdobyliśmy ostatni szczyt Korony Gór Polski – Rysy.

Miałam nadzieję, że jeszcze pochodzę po górach, ale jakoś nie było okazji. Sama nie chciałam bo bym się zgubiła, a Tata zaczął mieć problemy z biodrami, a że można powiedzieć, że „zarabia na chodzeniu”, to nie chciał ryzykować, że będzie miał kontuzję czy poważniejsze dolegliwości, które uniemożliwią mu pracę w terenie. Do emerytury jeszcze kilka lat. W sumie mógłby ubezpieczyć nogi jak piłkarze 😉

Wstałam o 7:15, prysznic, potem zrobiłam sobie kawkę, kanapki, herbatę do termosu, ubrałam nowe skarpetki od Mamy (moje były już stare i poprzecierane i były współwinne (na spółkę z nowymi butami) pęcherzy na piętach po ostatniej wycieczce,
a właściwie już w jej trakcie, a tak naprawdę to od początku) (Zlate Hory – Pricny Vrch – Zlate Hory), która odbyła się 1 stycznia 2018. A i właśnie, na ostatniej wycieczce okulary cały czas zaparowywały od potu. I nie widziałam dobrze drogi. Bez nich źle, a w nich też, bo zaparowane. Tym razem w góry wzięłam soczewki.

Spod domu w Opolu zostałam zgarnięta ok. 9:20. Skład trzyosobowy: moja psiapsiółka, jej kolega (kierownik wycieczki) i ja. Na miejscu, w Jarnołtówku, ma na nas czekać jeszcze jeden gość, który już dzisiaj rano zszedł ze schroniska pod Kopą do kościoła
w Jarnołtówku na 9:00 (a tak w ogóle to on przyjechał już w piątek w góry i to będzie jego trzeci dzień chodzenia i będzie jeszcze raz wchodził na szczyt i do schroniska i jeszcze raz na dół, tym razem z nami). Jedziemy, bo zmarznie czekając na nas.

W wyniku demokratycznie podjętej decyzji (przeważyła większość głosów) wybrany został czerwony szlak od Jarnołtówka, czyli była dość mocna wyrypa. 🙂 Przynajmniej dla mnie, bo mam dość słabą kondycję odkąd nabrałam sporo zbędnej masy (efekt jojo po diecie paleo, którą stosowałam od stycznia do czerwca 2016 roku, a po weselach kuzynów w maju i czerwcu 2016 odpuściłam i od tamtej pory nie mogę się wziąć za siebie na poważnie, czyli trzymać czystą michę/ nie jeść przeklętych słodyczy dłużej niż 2 tygodnie – a bez czystego żarcia na nic zdadzą się treningi).

Oczywiście od razu przy aucie część ekipy (50% 😉 w tym ja) włącza endomondo, bo bez niego ani rusz ;), a ja dodatkowo pulsometr i aplikację liczącą kroki (Samsung Health), w której – nie wiedzieć czemu – kiedyś ustawiłam cel na 1 km dziennie i po pół kilometra marszu telefon informuje mnie „jesteś w połowie drogi”, a po jakichś 700-800 m „cel jest blisko, dasz radę” 😀 Uśmiałyśmy się z psiapsiółką 🙂 Po kolejnych komunikatach typu „przerwano trening” i „wznowiono trening” na zmianę wyciszyłam dźwięki, bo te komunikaty były już irytujące, zwłaszcza że przez mój nadbagaż ciągle musiałam się zatrzymywać bo miałam zadyszkę, a tętno podczas podchodzenia pod górę dochodziło do 178 uderzeń na minutę, czyli pod sufit. Hamowałam ekipę, bo musieli na mnie co jakiś czas czekać. Jak robiliśmy przerwy, tętno schodziło mi do 160-150 uderzeń (zwanych dalej BPM czyli beats per minute) i podchodziliśmy dalej. Pulsometr wzięłam
z ciekawości. Pasek pulsometra chyba też krępował oddychanie (ściskał płuca). Trzeba poluzować. A no i oczywiście popracować nad kondycją, żeby nie być hamulcem i żeby chcieli mnie ze sobą zabierać w góry i żeby się łatwiej i  szybciej wchodziło bez przerw co kilkadziesiąt metrów i sapania.

W sumie to nie spodziewałam się śniegu na szlaku (w Opolu go nie było) i byłam zaskoczona jego widokiem. Moje nowe buty trekkingowe Dolomite* ślizgały się po śniegu (nie podoba mi się ta ich cecha jak za te pieniądze – psiapsióła śmigała w butach trekkingowych z Decathlonu i się nie ślizgała). Dopiero jak pożyczyłam od jej kolegi kolce (na szczęście miał zapasową parę), poczułam się pewnie. Ślizganie się odpadło, od teraz jedyną trudnością do pokonania była zadyszka.

* W ogóle to fajna wyszła sytuacja, bo wstrzeliłam się idealnie z zakupem tych butów. Mianowicie kupiłam je 30 grudnia 2017 jako „buty zimowe” (bo stare, 10-letnie, były już zniszczone) w celu realizacji postanowienia noworocznego, którym było zrzucenie nadbagażu i poprawa kondycji, m.in. poprzez szybkie spacery i nawet nie sądziłam, że tak szybko zostaną wykorzystane zgodnie z ich przeznaczeniem, czyli w góry 🙂 A 31 grudnia 2017 dzwoni przyjaciółka z propozycją wypadu w góry 1 stycznia 2018 😀 No mistrzostwo 🙂

10:38 Jarnołtówek (okolice kościoła) – Pomnik św. Nepomucena 360 m n.p.m. – Bolkówka (400 m n.p.m.) – 11:55 Grzebień (768 m n.p.m.) – 12:25 Biskupia Kopa (889 m n.p.m.)

20180218_144850
1h50m na Biskupią Kopę z Jarnołtówka (św. Nepomucen) z 360 na 889 m n.p.m. czyli 529 m różnicy wysokości)

20180218_112058

20180218_114344
mgliście
20180218_114352
takie cudaki – raki uratowały sytuację 🙂 podobno ok. 20 zł w markecie
20180218_114417
puff…
20180218_115511
Na Grzebieniu o 11:55

Z drogowskazu wynika, że za 37 minut będziemy na szczycie (o 12:32), a jak się później okaże, dotrzemy tam szybciej aż o 7 minut, bo o 12:25 i to mimo robienia zdjęć po drodze 🙂

20180218_115628
wszędzie biało 🙂

20180218_121328

 

O 12:25, czyli po godzinie i 47 minutach od wyjścia z Jarnołtówka, jesteśmy na szczycie Biskupiej Kopy (czyli zmieściliśmy się w przewidzianym przez PTTK czasie).

 

Po kilku minutach schodzimy ze szczytu w kierunku schroniska bo wieje i robi nam się zimno. W schronisku zjadamy kanapki i pijemy gorącą herbatę z termosów na rozgrzewkę.

Ja pożyczam psiapsiółce jedną bluzę polarową bo ja mam swoją osobistą warstwę grzewczą i jedna cienka bluza i kurtka mi wystarcza, a ona – chudzinka – marznie, a z górki łatwiej się schodzi i już nie jest człowiekowi tak ciepło, jak pod górkę.

20180218_132125
Plan na kolejne wyjazdy (z ekipą lub sama lub z innymi chętnymi) – przemierzyć wszystkie te szlaki – żółte, czerwone, niebieskie i zielone (część żółtego i czerwonego już zaliczona, kiedyś był też zielony)

O 13:20 wychodzimy ze Schroniska pod Kopą (765 m n.p.m.) i zgodnie z planem wybieramy żółty szlak, według którego do Jarnołtówka mamy 1h20m (przez Rozdroże pod Piekiełkiem (440 m n.p.m.)) i Gwarkowe Skały, które jednak pomijamy i kierujemy się w stronę parkingu „Ziemowit”.

O 14:07 jesteśmy z powrotem przy Bolkówce (400 m n.p.m.), a około 14:17 w Jarnołtówku w miejscu, w którym zostawiliśmy auto.

Droga ze szczytu zajęła nam niecałą godzinę. Razem z wejściem łażenie zajęło nam niecałe 3 godziny, a reszta (czyli około 40 minut) spędziliśmy na szczycie (5 minut bo wiało) i w schronisku (około 30 minut) na siku, jedzonku i gorącej herbacie z termosu.

Screenshot_20180225-135450
Ślad GPS 🙂

Jeszcze wizyta w przygranicznych „Potravinach” po czeskie smakołyki (banany w czekoladzie, skondensowane słodkie mleczka w tubkach (kakaowe Pikao i śmietankowe Piknik) i piwka i wracamy do Opola przez Orlen (po paliwo, na siku i kawę Mocha – mmm…). 🙂

Zmęczeni ale szczęśliwi 🙂

Czas popracować nad formą przed kolejnym wypadem w góry.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s